Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
-
Glynu
- Posty: 259
- Rejestracja: 22 sty 2022, 10:36
- Lokalizacja: Płocho
- moja flota: Canoe
- Dziękował(a):: 103 razy
- Podziekowano: 114 razy
Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Ten dzień okaże się być najdłuższym dniem tej wyprawy.
Zamówiona pobodka na 0500 uskuteczniła się dopiero o 0530. Na szczęście lenistwo połowy osady zamieniło pociąg na auto. Szybka ablucja i dojeżdżamy do Toruniewa. Niestety śniadania i Tadeusza nie będzie. Szybki zwiad, gdzie zaparkować, szybkie odstawienie na dworzec, moja szlakowa odstawia auto (lubię być wożonym), a ja turlam wózkiem z tobołami na odpowiedni peron. Na szczęście to ten przy podjeździe, bo wory są za szerokie do windy i nie można wiejchać z marszu...
Dociera moja szlakowa, jest chłodno, a do bałaganu jeszcze 45 minut. Lepiej mieć zapas czasu, ale potem się marznie bo pizdzi okropnie jak w kieleckiem, a przecież jesteśmy w kujawsko-pomorskiem... Zmarzłem, bo kurteczka w worach.
Lądujemy w Mamrach. Zastawiam worami parę stojacą na pomoście. Oczywiście cały czas mówimy o pociągu. Zaliczamy lekkie akceptowalne opóźnienie. Z dworca w Ostródzie nad wodę jest na szczęście bliziutko. Wodujemy się bezpośrednio z deptaka w najbliższej dostępnej miejscówce. Gdyby udało nam się dotrzeć w piątek wieczorem, skorzystali byśmy z kempingu przy dworcu.
Zostawiam szlakową z zadaniem bojowym nadęcia łódki, a sam udaje się na polowanie, znaczy do żydronki po prowiant. Nie udało mi się nabyć piwa w beczce, wziąłem 8 na pierwszą potrzebę. W drodze powrotnej nabywam kebaby, bo w sumie dzisiejszy dzień to tylko o kawie i batoniku...
Bafra kebab nad samą wodą, niby 4,6 na guglu, a był zimny i słony jak huj... No nie wiem jak ludzie to mogą jeść i się jeszcze cieszyć. Zagaduje starsza pani z kamienicy obok. Kręci głową że zimno ale życzy powodzenia. Cyklista straszy nas zwałkami po trasie. Pokonamy i zwałki, teraz musimy się zebrać do wyjscia w wodę.
Wypłynąć udaje się chwilę przed 1500. Wiatr w twarz. Apka pokazywała że 30 km/h, a porywy do pisiąt. Mozolnie podskakując na falach zbliżamy się do mostu kolejowego. Może po 2 stronie będzie spokojniej. Każdy metr okupiony kilkoma machnięciami wioseł. Łódka dzielnie buja się na falach. Wiatr zdmuchuje mi kaleplusz do wody po raz pierwszy. Chwila przerwy za mostem, ale gdy tylko się wychylamy wiatr znów walczy by zatrzymać nas już na starcie. Wiem na co stać tego gumiaka, wiem też że wieczory są z reguły spokojniejsze, walimy w bliżej nieokreślonym kierunku północnym. Mozolnie z raz za razem wiosła uderzają o wodę. Prędkość wprost odwrotnie proporcjonalna do wkładanej siły, mogę więc spokojnie policzyć źdźbła mijanych trzcin. Narastający bunt w załodze udaje się pokonać dopiero po groźbie użycia sikawki. Wiatr wali akurat z kierunku dokąd płyniemy. Nie ma jak skryć się pod którymś brzegiem. Nie ma gdzie skryć się na noc. Frustracja i kortyzol narastają... Przy krótkiej przerwie wiatr wciska nas coraz głębiej w czciny.
Kilka razy zerkam w mapę by wypatrzeć jakieś miejsce na przeczekanie i awaryjne rozbicie namiotu, wszystko dookoła jednak podmokłe i za szpalerem trzcin. Po 2000 skręcamy w lewo w ujście Drwęcy. Wiatr uspokaja się nie wiem czy bardziej z racji wieczora z czy gęstej osłony drzew, niemniej pojawia się spokój. Czuję jak rozgrzane kilkugodzinnym pompowaniem mięśnie pulsują. Chwilę przed zmrokiem docieramy do przystani Samborowo. Na miejscu jest kilka kamperow, jednak wszyscy już pochowani bo chłodno. Rozstawiamy domek, na szczęście jest ostreczowana wiata, tam zjemy kolację. W rogu stoi piec minionek - nasz wybawca. Rozpalam i momentalnie robi się przyjemniej. Grzane piwo i pierogi lądują na frajere. Zagaduje nas kamperowiec, jutro mają być zawody, zrozumiałem kajakarskie, szlakowa że wędkarskie. Nie mieliśmy siły dopytać ...
Posileni i napicii spać idziemy po północy. Pizdzi, więc grzejki elektryczne odpalone w gaciach. To był ciężki dzień. W życiu nie pamiętam takiego wiatru w twarz na wodzie... Zliczona prędkość ok 2 kmh... Najdłuższy dzień Rayana to pikuś przy dzisiejszym dniu...
Zamówiona pobodka na 0500 uskuteczniła się dopiero o 0530. Na szczęście lenistwo połowy osady zamieniło pociąg na auto. Szybka ablucja i dojeżdżamy do Toruniewa. Niestety śniadania i Tadeusza nie będzie. Szybki zwiad, gdzie zaparkować, szybkie odstawienie na dworzec, moja szlakowa odstawia auto (lubię być wożonym), a ja turlam wózkiem z tobołami na odpowiedni peron. Na szczęście to ten przy podjeździe, bo wory są za szerokie do windy i nie można wiejchać z marszu...
Dociera moja szlakowa, jest chłodno, a do bałaganu jeszcze 45 minut. Lepiej mieć zapas czasu, ale potem się marznie bo pizdzi okropnie jak w kieleckiem, a przecież jesteśmy w kujawsko-pomorskiem... Zmarzłem, bo kurteczka w worach.
Lądujemy w Mamrach. Zastawiam worami parę stojacą na pomoście. Oczywiście cały czas mówimy o pociągu. Zaliczamy lekkie akceptowalne opóźnienie. Z dworca w Ostródzie nad wodę jest na szczęście bliziutko. Wodujemy się bezpośrednio z deptaka w najbliższej dostępnej miejscówce. Gdyby udało nam się dotrzeć w piątek wieczorem, skorzystali byśmy z kempingu przy dworcu.
Zostawiam szlakową z zadaniem bojowym nadęcia łódki, a sam udaje się na polowanie, znaczy do żydronki po prowiant. Nie udało mi się nabyć piwa w beczce, wziąłem 8 na pierwszą potrzebę. W drodze powrotnej nabywam kebaby, bo w sumie dzisiejszy dzień to tylko o kawie i batoniku...
Bafra kebab nad samą wodą, niby 4,6 na guglu, a był zimny i słony jak huj... No nie wiem jak ludzie to mogą jeść i się jeszcze cieszyć. Zagaduje starsza pani z kamienicy obok. Kręci głową że zimno ale życzy powodzenia. Cyklista straszy nas zwałkami po trasie. Pokonamy i zwałki, teraz musimy się zebrać do wyjscia w wodę.
Wypłynąć udaje się chwilę przed 1500. Wiatr w twarz. Apka pokazywała że 30 km/h, a porywy do pisiąt. Mozolnie podskakując na falach zbliżamy się do mostu kolejowego. Może po 2 stronie będzie spokojniej. Każdy metr okupiony kilkoma machnięciami wioseł. Łódka dzielnie buja się na falach. Wiatr zdmuchuje mi kaleplusz do wody po raz pierwszy. Chwila przerwy za mostem, ale gdy tylko się wychylamy wiatr znów walczy by zatrzymać nas już na starcie. Wiem na co stać tego gumiaka, wiem też że wieczory są z reguły spokojniejsze, walimy w bliżej nieokreślonym kierunku północnym. Mozolnie z raz za razem wiosła uderzają o wodę. Prędkość wprost odwrotnie proporcjonalna do wkładanej siły, mogę więc spokojnie policzyć źdźbła mijanych trzcin. Narastający bunt w załodze udaje się pokonać dopiero po groźbie użycia sikawki. Wiatr wali akurat z kierunku dokąd płyniemy. Nie ma jak skryć się pod którymś brzegiem. Nie ma gdzie skryć się na noc. Frustracja i kortyzol narastają... Przy krótkiej przerwie wiatr wciska nas coraz głębiej w czciny.
Kilka razy zerkam w mapę by wypatrzeć jakieś miejsce na przeczekanie i awaryjne rozbicie namiotu, wszystko dookoła jednak podmokłe i za szpalerem trzcin. Po 2000 skręcamy w lewo w ujście Drwęcy. Wiatr uspokaja się nie wiem czy bardziej z racji wieczora z czy gęstej osłony drzew, niemniej pojawia się spokój. Czuję jak rozgrzane kilkugodzinnym pompowaniem mięśnie pulsują. Chwilę przed zmrokiem docieramy do przystani Samborowo. Na miejscu jest kilka kamperow, jednak wszyscy już pochowani bo chłodno. Rozstawiamy domek, na szczęście jest ostreczowana wiata, tam zjemy kolację. W rogu stoi piec minionek - nasz wybawca. Rozpalam i momentalnie robi się przyjemniej. Grzane piwo i pierogi lądują na frajere. Zagaduje nas kamperowiec, jutro mają być zawody, zrozumiałem kajakarskie, szlakowa że wędkarskie. Nie mieliśmy siły dopytać ...
Posileni i napicii spać idziemy po północy. Pizdzi, więc grzejki elektryczne odpalone w gaciach. To był ciężki dzień. W życiu nie pamiętam takiego wiatru w twarz na wodzie... Zliczona prędkość ok 2 kmh... Najdłuższy dzień Rayana to pikuś przy dzisiejszym dniu...
Ostatnio zmieniony 06 maja 2026, 08:51 przez Glynu, łącznie zmieniany 1 raz.
glynu
instagram: czerwone_canoe
instagram: czerwone_canoe
-
Glynu
- Posty: 259
- Rejestracja: 22 sty 2022, 10:36
- Lokalizacja: Płocho
- moja flota: Canoe
- Dziękował(a):: 103 razy
- Podziekowano: 114 razy
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
O 0500 budzi nas gwar. Jednak zawody są wędkarskie. Moczykije losują numery stanowisk, słyszę opad na namiocie, znów zmęczony zasypiam. Budzi mnie trąbka, baranie łby zaczęły zawody, super tylko czemu ja też muszę to słyszeć. Wywlekam się ok 0900. Gdy odsuwam suwak słyszę: uwaga na śnieg w butach! Sędzia wędkarski czy tam główny mierniczy ostrzega. Padał grad i mam pełno kulek w klapkach... Śniadanie ogarniam powoli. Umeczon po wczorajszej walce. Jajówa na boczku i kielbadronach, do tego adwokado (choć nie lubię). Uzupełniamy w pompie wodę żeby nie filtrować. Wypływamy chwilę po południu. Akurat po trąbce kończącej zawody. Wyniki marne. Ale grochówką narobili aromatu... Dużo się nie nawiosłowaliśmy bo w samborowie jest jaz. Niestety schrony zostały zamurowane. Wielka szkoda bo bardzo mi się kiedyś podobały... No nic, przepływamy na drugi brzeg i przenosimy graty przez tory na drugą stronę jazu. Dziś dla odmiany wieje w plecy. Wyciągamy parasol i płyniemy na prowizorycznym żaglu. Widzimy kilka bobrów. Wszystkie napuchłe jak balony. Gdzieś migają dwa koziołki sarny. Pod mostem drogowym stoi auto, a w środku jakaś para się pier... Całuje tam gdzie się sika. Na zdrowie i oby jak najdłużej.
Zerkam na mapy, za ujściem Jeziorki ma być miejsce biwakowe, znów liczymy na wiaty, ciągniemy mimo znużenia... Faktycznie na wzgórku w lasku stoją dwa stoły. Stare i widać że dawno nieużywane. Zostajemy na trawie poniżej, skryci za wiatrem właśnie za tą górką. Alernatywą dla startu w Ostródzie mógłby być start w Iławie i płynięcie najpierw właśnie Jeziorką/Iławką.
Dziś burgery, czipeski, i kończymy kulki mocy. Co będzie gdy ich zabraknie... Na szczęście ginu mamy pod dostatkiem.
Poniedziałek. Wstajemy późno, nikt nas nie budzi. Przy śniadaniu na miejsce biwakowe podjeżdża terenówka i wysiada chłop i baba w khakich polarach, nie zdołałem dostrzec jakie mają naszywki, ale wydaje mi się, że zawrócili do auta, gdy zobaczyli łódkę. Wiadomo, czerwona to szybko odpłyniemy i przestaniemy być w ich rejonie. Strzelam że leśnicy. Udaje się wypatrzeć zimorodka i kilka sarenek. Jest dużo czapli, żurawi i bocianów. Mijane łabędzie nie atakują.
Przed Bratianem z daleka króluje na wysokosci wielkie M. Kapitalizm w czystej postaci. Znaczy cywilizacja. Pojawia się i znika wraz z zakrętami. Ujawnia się żydronka i żydino. Nie zatrzymujemy się. Nowe miasto (dużo tych nowych miast w cebulandii). Przy rynku wyjść nie można bo teren prywatny, stoi nawet tablica stara jak świat, ale udaje się doczytać że przystań jest dalej. Daleko za parkiem po lewej stronie, nie zachęciła nas. Kilka zakrętów za miastem zwałka na całego. Ani dołem, ani górą, ani bokiem. Obejść też średnio. Patrzę na tego tetrisa i postanawiam udrożnić przejście. Co bóbr złączył, człowiek może rozłączyć. Coś wyjmę, coś złamię, coś przepchnę, coś wyrzucę i udaje się zrobić miejsce na przepłynięcie. Nawet nie wpadłem. Gdybym miał piłe pod reką to hohohoho, i tak nie zrobiłbym więcej niż bym musiał... Przeciskamy się tyłem.
Przez chwilę mijamy to co puściłem z prądem. Kurzętnik zapowiada dziwna konstrukcja na wzniesieniu. Wygląda trochę jak platforma startowa dla rakiet kosmicznych, a okazuje się górką narciarską. Ale po co taka drabiniasta konstrukcja...
Przystań miejska też nie zachęca. Parka żurawi przy gnieździe. Widać że nie mogą się zdecydować do ostatniej chwili czy wystartować czy udawać że ich nie ma. Zaskoczone nie zdążyły ocenić sytuacji. Ciekawe czy w gniazdku były już jaja. Ostatecznie zostały. Dalej kilku wędkarzy, zajęci sobą. Kilka zakrętów i związek jednak zarybia! Nie wiem jaką rybą, ale akurat tu może będzie co łowić. Parkujemy na ładnym wywyższonym płaskim lewym brzegu u podnóża wzniesienia. Atrakcyjne wyjście twarde i stabilne przy sprawdzeniu wiosłem okazało się obrzydliwą mazią po kolana. Dobrze że buty nie spadły. Niby na mapie nie widnieją zabudowania, a pojawia się parka na spacerze i dwa gówniaki na rowerach. Poza tym cisza i spokój. Nawet bober w nocy nie wpadł w odwiedziny.
Kolacja: pierogi, duże skwary, kiełbadrony. Rytualny wieczorny gin. Bez toniku bo nie będę żydowinom kaucji za butelkę płacił. Do kolacji muzyczka z pr2 pr z radyjka.
Wtorkowy ranek chłodny. Grzejki na 2 biegu grzały już 2 noce. Ciężko wyjść ze śpiwora, ale kilometry się same nie zrobią. O 0801 budzi nas syrena strażacka. To znak.
Dziś na śniadanie test własnej mieszanki.
Chłodno, woda w miseczkach zamarzła. Ogarnianie, zjazd do wody i po kilku zakrętach zaskakujemy spacerującego brzegiem żurawia. Wycofuje się po angielsku. Nieznaczne bystrze przy filarach dawnego mostu. Znów zaskakujemy żurawie. Tym razem zrywają się do lotu.
Miejsce biwakowe Nielbark. Mijamy z żalem. Jest wiata, piaskowe wyjście, śmietniki. Zauważam rozjazd kilometrażu na znakach i tego podawanego przez mój ukochany (jeśli chodzi o planowanie spływów, bo innych relacji nie miałem) WKW Włocławek. Na znakach jest 10 km więcej do przepłynięcia.
Dziś widzieliśmy dużo boberów. Dla odmiany nie były napuchłe, tylko takie kościste szkieletorki. Patrząc na mapę wszędzie Świecie. Z lewej, z prawej, z przodu, z tyłu. Dużo tych Świeć. Dobrze że słońce też świeci. Mignął zimorodek. Lądujemy na wysokości wsi Kantyła. Mapa straszy że dalej bagna, a opinie o przystani w Brodnicy nie zachęcają by płynąć dziś do oporu. Planujemy nadrobić jutro wcześniejszą pobudką. Wysoki brzeg, ale czuć że ziemia mokra. Jak zakręt wcześniej traktor traktorował po tym błocie...
Jak nigdy zmywamy od razu po kolacji. Przynajmniej taki jest plan gdy leżę pod wiatką i to piszę... Nieopodal podchodzi sarenka. Patrzy, patrzy, patrzy, patrzy, patrzy i odchodzi nie napiwszy się. Poźniej odwiedza to miejsce jeszcze lisek. On jest odważniejszy. Po dłuższym deptaniu łąka okazała się bardziej podmokła niż sądziliśmy, trudno, wierni deklaracjom parametrów namiotu zostajemy.
Środowy ranek przywitał nas przymrozkiem i ptaszkowym koncertem. Dużo, głośno, oj dzieje się. Ładnie cwierkają. Dupy na szczęście suche, nie utonęliśmy w namiocie. Namiot i łódka pokryte białym nalotem i nie była to pleśń ani popiół. Zima w kwietniu.
Z planowego wczesnego wstania udało się zrealizować tylko wstanie. Wypływamy 1058. Nawet akceptowalnie.
Pierwsze zakręty i pierwsze drzewo przegradza nurt. Jest wąska szczelina po lewej. Przeciskamy się pompując synchronicznie.
Kilka zakrętów dalej kolejne zwalone drzewo. Jeszcze żyje bo listki się zielenią. Ustawiamy się tyłem, wyłamuje kilka gałązek i jak skunks w napastnika pokonujemy zwałkę od dupy strony. Niesamowita ilość żurawi. Nigdy tyle nie widziałem. Znów nad głową krążył błotniak. Taki ptak, nie pojazd podwodny.
Mijamy Tamę Brodzką, piękny most nitowany, tuż za nim już brzydki. Wchodzimy na wieżę widokową w bobrowiskach. Rzeka wije się jak jelito, a i tak wokół bagna i jeziorka. Wczoraj miałem pomysł by spróbować tu dopłynąć i nocować na wieży, dobrze że nie wyszło bo by nas wywiało. Dziś szkwali mocniej, gęściej i sążniej. Znaczy piździ. Dobrze że jest słońce. Wiatr zwiewa mi z głowy kapelusz. Już po raz 6 na tym spływie. Zakładam moją czerwoną dokerkę. To tak jakbym przekręcał kluczyk w stacyjce. Parafrazując Sylwestra Stallone w filmie o siłowaniu na ręce. Teraz mogę się napierdalać z tym wiatrem. Wiadomo, czerwona, najdzybsza. Mijamy bobra, tym razem żywego. Orła/ sokoła. Zimorodka i żurawie.
Brodnica wita nas parką co też się całuje tam gdzie się sika. Wiosna pełną gębą. Z wody miasteczko wygląda zachęcająco. Postanawiamy zobaczyć czy chcemy tu zostać na noc. Opinie w guglu o miejscowym kempingu są mieszane. Przystań za miastem szykuje się do majówki. Piłują, stukają, wiercą, dymią, malują, krzyczą. Zjadamy przekąskę rybną i z zamieszania zapominamy zostawić śmieci i pobrać wodę. Tej wody szkoda najbardziej, bo odzwyczaiłem się od filtrowania.
Most przy garnizonie i zwałka tuż za nim. Szweje pilnujący przeprawy mają przedstawienie. Przeciskamy się lewą stroną. Zakręt dalej kolejna. Już większa. Ustawiamy się tyłem i przeciskamy. Musimy pokonać konar, śmieci, dwa konary i wielkie drzewo. Uff. Odwrotnie jak u kota, jak dupa przeszła, to i reszta się zmieści.
Dużo meandrów, nieczynny most kolejowy i spokojnie płyniemy dalej.
Bóbr. Taki już nie balon, a jeszcze nie szkieletor. Takie żeberka. Ale śmierdzi jak mięso więzione do Polski z Argentyny czy innego Pernambuko.
Jesteśmy na 14/23 stronie mapy. Biorąc pod uwagę meandry to nawet już w połowie strony. Na polu podlewa sikawka. Widzimy ją z każdej możliwej strony, a jeszcze nie minęliśmy jej.
Wybija 1700, zaczynamy szukać noclegu. Drogowskaz Mszano. Nie mamy wielkich oczekiwań po wcześniejszych oficjalnych biwakach. Zakręt i jest piaskowa skarpa. Wychodzimy. Tym razem jest pięknie. Sucho, płasko, piękny widok. Wcześnie ale zostajemy.
Rozstawiamy domek, mycie, piasek zamiast obrzydliwej mazi, kolacja. Dziś kaszotto, z kiełbaso, serkiem udającym łoscupek, cebuli. Do tego świeża jeszcze papryka, czosnek i ostatnie adwokado. Nie lubię adwokado. Ale łysole mowią że zdrowo. Nie wiem czy targanie czegoś przez pół świata i jedzenie może być zdrowe, ale podobno jest. O czosnku wcześniej zapomniałem. Od dziś przydziałowe dwa ząbki do kolacji na łeb. Wczoraj rano odnalazł się też miodek, więc kawka smaczniejsza.
Zostały nam 3 japka. Zeszła prawie cała 2 butelka dżinu. Dzisiejszej nocy pierwsza filtracja. Oby na rano nakapalo wystarczająco. Po zmroku odzywają się zwierzątka. Słychać psa, ptaszki i diabła tasmańskiego. Trochę śmieszno i trochę straszno. Na szczęście przypomniałem sobie że diabły tasmańskie to ja zjadam na śniadanie, a akurat mamy ze sobą patelnię i litr oleju... Słuchamy PR 2 Polskiego radia. Lubię. Do snu kładziemy się 2137.
Czwartek. A może już piątek. Neee, czwartek. Uwielbiam to w długich spływaniach że gubi się czas. Tutaj mierzymy czasodległości na karty mapy. Powinniśmy przepłynąć dziennie 3. Trochę rozjechało nam się przez wiatr pierwszego dnia, ale brak potrzeby sprawdzania czasu i przestrzeni jest oczyszczający i człowiekowi robi się dobrze gdy przestaje gnać na wczoraj. Za to kocham też canoe. Niespiesznie, powoli ale zawsze do celu. I z wygodnym szpejem do biwakowania.
Zerkam na zegarek, 0645. Nawet przed budzikiem. Ostatecznie drzemka przeciąga się do prawie 0800. I tyle z wczesnego startu. Nastawiony na noc filtr niestety zmarzł. Ciekawe czy membrana cała... Zwiad wokół obozu ujawnia że biwak oznaczony od strony wody to rezerwat archeologiczny od strony lasu z zakazem wstępu. Już i tak po ptakach.
Na wodę schodzimy 1020. Klar schodzi do 1040. Potwierdzamy możliwość noclegu w Dobrzyniu (bo Golub niemiecki). Obie przystanie działają, w obu ma być ciepła woda. Długi dystans, ale zapowiada się mało zakrętów. Ptaszki, bobry, sarenki. Dużo miejscowek na nocleg. Przystań Białkowo. Jest. Działa. Mijamy dwa razy. Tuż za nią po lewej stronie zamaskowane wejście do ziemianki. Dopływamy do pierwszej przystani w Dobrzyniu. Kajaki zwinka. Zejście do wody marne, w środku kajaków dużo, zwiad z terenu przepędza pies. Trudno. Dopływamy do kolejnej przystani zacisze. Ładne zejście, piękna trawa. Instalujemy się. Taki kemping z lat '90. Standard sanitariatów to potwierdza. Ale porcelanka z bierzącą wodą jest. Po drugiej stronie rzeki na ławce siedzą dwie laski i chłopak. Z kakofonii samiczych dźwięków nie jestem w stanie wyodrębnić jakiegokolwiek ludzkiego słowa, ale widzę że chłop w środku umiera. Jak ten kurczak bez głowy. Siedzi, oddycha ale w środku jest martwy.
Później ich miejsce zajmuje lokalny margines społeczny spod znaku elana Toruń. Nie wiem co to za klub ale kibiców w Dobrzyniu ma. Trochę to smutne że najebany delikwent nie ma nic więcej do zaoferowania światu niż darcie mordy zawołaniem swojego ulubionego sportowego klubu. Znam kilku huliganow jednej drużyny i jednak potrafią się wypowiedzieć, i mordy bez potrzeby nie drą. Idziemy na zwiad do miasteczka. Słodki rogalik w żydapce, witaminy i maść w aptece. Reszta już w zasadzie nieczynna z powodu że zamknięta. Kilka kamienic jest do kupienia. Po powrocie pojawia się właściciel kempingu. Dziarski staruszek. Rozmawiamy dłuższy czas. O rzece, o przyrodzie, o kempingu, o pedałach, dzieciach, aborcji, k*rwach z Rosji i wyprawach kamperowych. Znaczy o życiu. Druch OSP, ratol WOPR i mieszka w dawnej komorze celnej. Prawie odkupujemy od niego kampera. Woda pod prysznicem za 5 cebulionów letnia. I tak lepiej niż w rzece. Jutro ksiądz proboszcz robi imprezę na terenie. Może się załapiemy na michę...
Odpuszczamy nocne wojaże, zjadamy swoje zapasy. Rytualny gin, kolacja, ciasteczko.
Miasto zasypia wcześnie. Albo my padamy jak nieżywi.
Piątkowy poranek zaczynamy po 0900. Pierwsza myśl, nie zwijać obozu z przyzwyczajenia. Zbieramy mandżur kuchenny i pod wiatą przygotowuje śniadanie, jest elektryczny czajnik. Potrzebujemy niecałe 4 l wody. 2 kawy, 2 herbaty, taki sam zestaw w kubki termiczne, 2 śniadanka. To daje 8 gotowań w 0,5 l czajniczku. Do kawy został mi łyk wieczornego ginu. W zasadzie to dwa łyki, ale jeden duży spożytkowałem na wprowadzenie elementu baśniowego do szarej rzeczywistości. Oczekiwanie na zagotowanie wody dłuży się gdy nie trzeba dodawać patyczków do kuchenki. Na kempingu zostajemy sami, brytole kemperem właśnie się pakują. Przez płot widzę jak przepływa pierwszy kajak widziany na rzece. 2 grubych, dobrze. Przetrą szlak do Elgiszewa. Śniadamy. Płynie para na dupach i jakiś mały spływ. To pierwsze łódki widziane na rzece.
Ogarniamy się w kosciółkowe ciuchy i do miasta. A właściwie miasteczek. Zwiedzamy Golub i Dobrzyń. Zamek, rynek, kościoły w Gołubiu niestety zamknięte z powodu że nieczynne. Kościół w Dobrzyniu na szczęście otwarty, piękna ambona w kształcie łodzi i chrzcielnica we wnęce z malowidłem przedstawiającym Jana Chrzciciela. Wychodząc bierzemy po słowie bożym ze słoja na drogę... ciekawy gest. Obiad w kluseczce w Dobrzyniu. Brzmi dobrze.
Zupą dnia jest fasolowa, a wczoraj wieczorem mówiłem że chodzi za mną właśnie ten smak... Przypadek?
Gdy wracamy na pole impreza trwa w najlepsze. Ognisko, kiełbaski, muzyczka.
Posiedzieliśmy chwilę. W czasach gdy ja chodziłem do kościoła nie było takich inicjatyw w mojej parafii, może dlatego przestałem. Zawsze w amerykańskich filmach podobało mi się że życie społeczności skupia się w otoczeniu ichnego kościoła. Poszliśmy na wieczorny spacer. Miasteczko praktycznie opustoszało.
Sobotni ranek zaczyna się wcześnie. Była ciepła noc. Nastawiłem budzik na 0700 i nawet udało nam się wstać prawie od razu.
Śniadanie, pakowanie, szlakowa robi szybkie uzupełnienie zakupów w najbliższej żydabce i w drogę. Pan Henio daje nam ostatnie wskazówki odnośnie trasy, obiecujemy wysłać SMSem pinezke z pozycją porwanego na wiosnę pomostu jeśli go znajdziemy.
Namierzamy go na wysokości oczyszczalni ścieków. Czy Pan Henio popłynie po niego motorówką, czy pozwoli by natura go rozłożyła na czynniki pierwsze tego już się nie dowiemy. Elgiszewo, polecana miejscówka przy przedszkolu. Przy drodze i stoi auto wypożyczalni to bedą hałasować, odpuszczamy. Czy zakaz zbliżania się do szkół i przedszkoli działa też w dni wolne... Jeszcze za wcześnie. Dalej za mostem jest kilka miejscówek do spania. Rozważamy jedną na wysokości ujęcia wody. Odpuszczamy, ciśniemy dalej. Po 1700 dopływamy do zapory. Walimy prawą stroną. Są tory, wózeczka już brak. A szkoda bo byłaby atrakcja. Ja mówię że na pewno ukradli, szlakowa że pewnie się popsuł. Ot dwa spojrzenia na świat. Przenosimy się na 2 stronę jazu. Krótka rozkmina czy nie zostać przy samym płocie lub nawet na pływającym pomoście. Płyniemy dalej, most drogowy. Ładny. Pan Henio wspominał o palach. Przeszliśmy bez perturbacji. Zakręt i pojawiają się ruiny młyna. Czad. Lubię takie 18/19 wieczne pozostałości. Dopływamy do jazu. Wychodzimy i postanawiamy już zostać. Równa łąka, cisza, spokój i kojący szum wody. Podoba się dla jego. Rozstawiamy obóz i dziś na kolację frytki. Nie na darmo targamy przez tydzień olej i worek kartofli. Miska do stopek jako pierwsze mycie, miska spożywcza jako drugie.
I chlup na gorący olej. Nie przerobiliśmy wszystkich, ale tradycji zapoczątkowanej onegdaj przez marshalla stało się za dość. Do tego ostatnia papryka i po przydziałowym ząbku czosnku. Był też przydziałowy drink z dżinu w kubku.
Spało się dobrze, chodź lampa w budynku jazowym mrugała nieregularnie, a po zmroku dołączyła jeszcze lampa w jednym z pokoi. Na szczęście żyjemy w Polsce i wszelkie duchy to zjadamy na śniadanie. Tylko psów się boimy i że żydowie wepchną nas do nie naszej wojny...
No właśnie, kolejne śniadanie mimo pobudki po 0700 trochę się przeciągnęło. Na spokojnie domywamy gary po wczorajszym smażeniu, poznajemy kajakarza który akurat przyjechał się pobawić na wylocie jazu. Nocując na przenosce oszukujemy matematykę i z 2 przenosek w locji robimy jedną. Ha! Wszystko jest wzgledne. Startujemy przed 1100. Ale co to był za start... Dla karła przełomowy, dla człowieka normalny. 2 obroty w cofce, seria fotek i lecimy. Po kilku zakrętach i 2 strumykach po lewej, na prawym brzegu jest piękne miejsce z widokiem na ruiny. Dalej też są możliwości noclegu. Rzeka płynie tu w albo w wąwozie, albo ze skarpą z jednej i łąką z drugiej strony, zabudowania są oddalone od rzeki. Jest przyjemnie. Mijamy kilka oficjalnych miejsc biwakowych. Białe góry - Czad, popularne ale jest zejście do wody, pomost, wiaty, altanki, dojazd. Nie udaje nam się zlokalizować wieży widokowej przy ujściu po prawej stronie. Ba! Musimy nawet się wracać do pomostu przy ruinach zamku bo też się nie wstrzeliliśmy... Pamiętam wizytę tu z Kaziem. Wtedy parkowalismy łódkę od strony Wisły. Pogawędka z kajakarzami, spacer po murach, sałatka w puszce, kolejna pogawędka z cyklistami i wypływamy na Wisłę. Od razu pojawia się wiatr, mimo innego kierunku który miał jeszcze przed chwilą na Wiśle wieje tradycyjnie. W twarz. Zabudowania miasta widać już od początku. Wiślana przestrzeń w porównaniu do Drwęcy od razu rzuca się w oczy. Widać łachy i wysepki do nocowania czy przystanków. Pojawiają się mielizny, coś czym nie przejmowałem się przez kilka ostatnich dni, teraz wymusza kurs po torze wodnym. Mijamy mosty, podziwiamy panoramę, odmachujemy machajacym i wpływamy do mariny. Akurat jest festyn. Miły pan wskazuje nam miejsce na namiot między łodziami wioślarskimi. Jest trawka, jest domek na drzewie, jest klucz do bardaszki. Cennik osobliwy. 16,00 cebulionów za namiot bo mały, nie dopłacamy za osoby. Dostęp do prysznica i WC to 39,00 cebulionów, również ryczałtem od pary. Woda cieplejsza niż u Pana Henia w Gołubiu. Myjemy się do czysta. Idziemy na miasto. Ładnie.
2 laski idą po bruku. Jedna się potknęła. Ale śmiesznie by było gdyby się przewróciła pomyślałem, po czym sam się potknąłem w tym samym miejscu. Byłoby jeszcze śmieszniej pomyślałem, gdybym sam się przewrócił...
Chcieliśmy sobie strzelić foty przy piesku profesora Filutka. Statuetkę okupowała Grażyna z dzieciorami. A napchaj się tym psem i twoje bękarty też pomyślała ta bardziej empatyczna połowa nas. Strach pomyśleć, co pomyślała ta druga połowa...
Na bulwarach teatr marionetkowy. A w zasadzie giganetkowy, bo Kukiełka miała kilka metrów wysokości.
Gdy wracamy jest już po festynie. Prawie nie ma śladu po imprezie.
Wieczór spędzamy w domku na drzewie. W sumie to mogliśmy zaanektować to gniazdo na noc, ale obejrzeliśmy je gdy nasz domek był już rozstawiony. Oglądamy teatr telewizji wampir. Dżin, herbata, ciastka, chrupki, krem proteinowy i orzeszki. Strącam paczkę i połowę orzeszków wysypuje na podłogę. 5 min nie leżało... Przyjemnie jest.
Magnez popijam dżinem, dżin popijam magnezem, czy alkoholikiem można być tylko na wyjazdach...
W poniedziałek budzimy się po 0800. Wiewiórki wysprzątany orzeszki i biegają jak głupie w koło. Śniadanie w domku na drzewie. Tradycyjnie kawka z miodem i gejowym masłem, słodka bułeczka maślana i moja autorska mieszanka. Sprawdziła się lepiej od owsianek na sterydach. Na kolejny wypad będzie jeszcze lepsza, bo bogatsza o wnioski po tej wyprawie. Rozmawiamy z klubowymi żeglarzami i wioślarzami, starszy pan daje nam cukierki. Dupa na szczęście nie piekła... Szlakowa podjeżdża naszym dliżansem. Szpej spakowany, idziemy na ostatni spacer po mieście.
W drodze powrotnej zahaczamy o kurzą górę w Kurzętniku. Konstrukcja intrygowała nas gdy byliśmy na wodzie. Ciekawe ale przygotowane pod gówniaki, a nie pod stare dziady co mają w sobie trochę ciekawości do otaczającego ich świata.
Drweca to piękna rzeka, przeważnie pozbawiona zabudowy w pierwszej linii więc nawet mijane miejscowości nie przytłaczały cywilizacją. Głęboka, ze stromymi brzegami. Obrzydliwa maź niestety występuje. Były też kleszcze, które poza jednym udało się eksterminować zanim się wgryzły.
Szlak jest oznaczony tablicami kilometrowymi i drogowskazami do kolejnych oficjalnych miejsc biwakowych. Korzystaliśmy i z takich oficjalnych i anektowaliśmy dzikie polanki. Po drodze pojawiło się kilka zwałek. Jedną udrożniłem, resztę udało się pokonać bez przenosek. Nawigator korzystał z papierowych map przygotowanych wcześniej pod tą konkretną podróż.
Po drodze minęliśmy dosłownie kilku wędkarzy. Wszyscy przyjaźnie odpowiadali na tradycyjnie dzień dobry. Nie trzeba było używać staropolskiego serdecznego ty huju! Łódek na wodzie było bardzo mało, mijaliśmy kilka kajaków jednego dnia. Byliśmy praktycznie władcami rzeki.
Trasę wyliczyłem o 2/3 dni za krótko. Brakowało tego marginesu, żeby na spokojnie, bez spiny zwiedzać mijane miasteczka. Widoki i okoliczności przyrodnicze po prostu cudowne.
3 sentencje towarzyszyły nam podczas tego chlupania:
Wszystko się kończy, kulki mocy też. - gdy zjedliśmy okulki.
Co bóbr złączył, człowiek może rozłączyć. - gdy udrożniliśmy zator.
Jak jedno nie może a drugie potrzebuje to jeżdżą panie Rosjanki. Każdy ma swój rozum. - gdy pan Henio opowiadał nam o Golubiu.
Tym optymistycznym akcentem wracamy do suchej rzeczywistości myśląc jak ugryźć Mławkę, Wel, Skrwę, które miałyśmy po drodze...
No i wisienka na torcie: Łapinóż-Rumunki. Kisłem z tej nazwy przedkładając mapę, kisłem cały wyjazd i nadal skisam.
Fotosy:
https://photos.app.goo.gl/YTQ9GhK7TLLHuUEf9
Zerkam na mapy, za ujściem Jeziorki ma być miejsce biwakowe, znów liczymy na wiaty, ciągniemy mimo znużenia... Faktycznie na wzgórku w lasku stoją dwa stoły. Stare i widać że dawno nieużywane. Zostajemy na trawie poniżej, skryci za wiatrem właśnie za tą górką. Alernatywą dla startu w Ostródzie mógłby być start w Iławie i płynięcie najpierw właśnie Jeziorką/Iławką.
Dziś burgery, czipeski, i kończymy kulki mocy. Co będzie gdy ich zabraknie... Na szczęście ginu mamy pod dostatkiem.
Poniedziałek. Wstajemy późno, nikt nas nie budzi. Przy śniadaniu na miejsce biwakowe podjeżdża terenówka i wysiada chłop i baba w khakich polarach, nie zdołałem dostrzec jakie mają naszywki, ale wydaje mi się, że zawrócili do auta, gdy zobaczyli łódkę. Wiadomo, czerwona to szybko odpłyniemy i przestaniemy być w ich rejonie. Strzelam że leśnicy. Udaje się wypatrzeć zimorodka i kilka sarenek. Jest dużo czapli, żurawi i bocianów. Mijane łabędzie nie atakują.
Przed Bratianem z daleka króluje na wysokosci wielkie M. Kapitalizm w czystej postaci. Znaczy cywilizacja. Pojawia się i znika wraz z zakrętami. Ujawnia się żydronka i żydino. Nie zatrzymujemy się. Nowe miasto (dużo tych nowych miast w cebulandii). Przy rynku wyjść nie można bo teren prywatny, stoi nawet tablica stara jak świat, ale udaje się doczytać że przystań jest dalej. Daleko za parkiem po lewej stronie, nie zachęciła nas. Kilka zakrętów za miastem zwałka na całego. Ani dołem, ani górą, ani bokiem. Obejść też średnio. Patrzę na tego tetrisa i postanawiam udrożnić przejście. Co bóbr złączył, człowiek może rozłączyć. Coś wyjmę, coś złamię, coś przepchnę, coś wyrzucę i udaje się zrobić miejsce na przepłynięcie. Nawet nie wpadłem. Gdybym miał piłe pod reką to hohohoho, i tak nie zrobiłbym więcej niż bym musiał... Przeciskamy się tyłem.
Przez chwilę mijamy to co puściłem z prądem. Kurzętnik zapowiada dziwna konstrukcja na wzniesieniu. Wygląda trochę jak platforma startowa dla rakiet kosmicznych, a okazuje się górką narciarską. Ale po co taka drabiniasta konstrukcja...
Przystań miejska też nie zachęca. Parka żurawi przy gnieździe. Widać że nie mogą się zdecydować do ostatniej chwili czy wystartować czy udawać że ich nie ma. Zaskoczone nie zdążyły ocenić sytuacji. Ciekawe czy w gniazdku były już jaja. Ostatecznie zostały. Dalej kilku wędkarzy, zajęci sobą. Kilka zakrętów i związek jednak zarybia! Nie wiem jaką rybą, ale akurat tu może będzie co łowić. Parkujemy na ładnym wywyższonym płaskim lewym brzegu u podnóża wzniesienia. Atrakcyjne wyjście twarde i stabilne przy sprawdzeniu wiosłem okazało się obrzydliwą mazią po kolana. Dobrze że buty nie spadły. Niby na mapie nie widnieją zabudowania, a pojawia się parka na spacerze i dwa gówniaki na rowerach. Poza tym cisza i spokój. Nawet bober w nocy nie wpadł w odwiedziny.
Kolacja: pierogi, duże skwary, kiełbadrony. Rytualny wieczorny gin. Bez toniku bo nie będę żydowinom kaucji za butelkę płacił. Do kolacji muzyczka z pr2 pr z radyjka.
Wtorkowy ranek chłodny. Grzejki na 2 biegu grzały już 2 noce. Ciężko wyjść ze śpiwora, ale kilometry się same nie zrobią. O 0801 budzi nas syrena strażacka. To znak.
Dziś na śniadanie test własnej mieszanki.
Chłodno, woda w miseczkach zamarzła. Ogarnianie, zjazd do wody i po kilku zakrętach zaskakujemy spacerującego brzegiem żurawia. Wycofuje się po angielsku. Nieznaczne bystrze przy filarach dawnego mostu. Znów zaskakujemy żurawie. Tym razem zrywają się do lotu.
Miejsce biwakowe Nielbark. Mijamy z żalem. Jest wiata, piaskowe wyjście, śmietniki. Zauważam rozjazd kilometrażu na znakach i tego podawanego przez mój ukochany (jeśli chodzi o planowanie spływów, bo innych relacji nie miałem) WKW Włocławek. Na znakach jest 10 km więcej do przepłynięcia.
Dziś widzieliśmy dużo boberów. Dla odmiany nie były napuchłe, tylko takie kościste szkieletorki. Patrząc na mapę wszędzie Świecie. Z lewej, z prawej, z przodu, z tyłu. Dużo tych Świeć. Dobrze że słońce też świeci. Mignął zimorodek. Lądujemy na wysokości wsi Kantyła. Mapa straszy że dalej bagna, a opinie o przystani w Brodnicy nie zachęcają by płynąć dziś do oporu. Planujemy nadrobić jutro wcześniejszą pobudką. Wysoki brzeg, ale czuć że ziemia mokra. Jak zakręt wcześniej traktor traktorował po tym błocie...
Jak nigdy zmywamy od razu po kolacji. Przynajmniej taki jest plan gdy leżę pod wiatką i to piszę... Nieopodal podchodzi sarenka. Patrzy, patrzy, patrzy, patrzy, patrzy i odchodzi nie napiwszy się. Poźniej odwiedza to miejsce jeszcze lisek. On jest odważniejszy. Po dłuższym deptaniu łąka okazała się bardziej podmokła niż sądziliśmy, trudno, wierni deklaracjom parametrów namiotu zostajemy.
Środowy ranek przywitał nas przymrozkiem i ptaszkowym koncertem. Dużo, głośno, oj dzieje się. Ładnie cwierkają. Dupy na szczęście suche, nie utonęliśmy w namiocie. Namiot i łódka pokryte białym nalotem i nie była to pleśń ani popiół. Zima w kwietniu.
Z planowego wczesnego wstania udało się zrealizować tylko wstanie. Wypływamy 1058. Nawet akceptowalnie.
Pierwsze zakręty i pierwsze drzewo przegradza nurt. Jest wąska szczelina po lewej. Przeciskamy się pompując synchronicznie.
Kilka zakrętów dalej kolejne zwalone drzewo. Jeszcze żyje bo listki się zielenią. Ustawiamy się tyłem, wyłamuje kilka gałązek i jak skunks w napastnika pokonujemy zwałkę od dupy strony. Niesamowita ilość żurawi. Nigdy tyle nie widziałem. Znów nad głową krążył błotniak. Taki ptak, nie pojazd podwodny.
Mijamy Tamę Brodzką, piękny most nitowany, tuż za nim już brzydki. Wchodzimy na wieżę widokową w bobrowiskach. Rzeka wije się jak jelito, a i tak wokół bagna i jeziorka. Wczoraj miałem pomysł by spróbować tu dopłynąć i nocować na wieży, dobrze że nie wyszło bo by nas wywiało. Dziś szkwali mocniej, gęściej i sążniej. Znaczy piździ. Dobrze że jest słońce. Wiatr zwiewa mi z głowy kapelusz. Już po raz 6 na tym spływie. Zakładam moją czerwoną dokerkę. To tak jakbym przekręcał kluczyk w stacyjce. Parafrazując Sylwestra Stallone w filmie o siłowaniu na ręce. Teraz mogę się napierdalać z tym wiatrem. Wiadomo, czerwona, najdzybsza. Mijamy bobra, tym razem żywego. Orła/ sokoła. Zimorodka i żurawie.
Brodnica wita nas parką co też się całuje tam gdzie się sika. Wiosna pełną gębą. Z wody miasteczko wygląda zachęcająco. Postanawiamy zobaczyć czy chcemy tu zostać na noc. Opinie w guglu o miejscowym kempingu są mieszane. Przystań za miastem szykuje się do majówki. Piłują, stukają, wiercą, dymią, malują, krzyczą. Zjadamy przekąskę rybną i z zamieszania zapominamy zostawić śmieci i pobrać wodę. Tej wody szkoda najbardziej, bo odzwyczaiłem się od filtrowania.
Most przy garnizonie i zwałka tuż za nim. Szweje pilnujący przeprawy mają przedstawienie. Przeciskamy się lewą stroną. Zakręt dalej kolejna. Już większa. Ustawiamy się tyłem i przeciskamy. Musimy pokonać konar, śmieci, dwa konary i wielkie drzewo. Uff. Odwrotnie jak u kota, jak dupa przeszła, to i reszta się zmieści.
Dużo meandrów, nieczynny most kolejowy i spokojnie płyniemy dalej.
Bóbr. Taki już nie balon, a jeszcze nie szkieletor. Takie żeberka. Ale śmierdzi jak mięso więzione do Polski z Argentyny czy innego Pernambuko.
Jesteśmy na 14/23 stronie mapy. Biorąc pod uwagę meandry to nawet już w połowie strony. Na polu podlewa sikawka. Widzimy ją z każdej możliwej strony, a jeszcze nie minęliśmy jej.
Wybija 1700, zaczynamy szukać noclegu. Drogowskaz Mszano. Nie mamy wielkich oczekiwań po wcześniejszych oficjalnych biwakach. Zakręt i jest piaskowa skarpa. Wychodzimy. Tym razem jest pięknie. Sucho, płasko, piękny widok. Wcześnie ale zostajemy.
Rozstawiamy domek, mycie, piasek zamiast obrzydliwej mazi, kolacja. Dziś kaszotto, z kiełbaso, serkiem udającym łoscupek, cebuli. Do tego świeża jeszcze papryka, czosnek i ostatnie adwokado. Nie lubię adwokado. Ale łysole mowią że zdrowo. Nie wiem czy targanie czegoś przez pół świata i jedzenie może być zdrowe, ale podobno jest. O czosnku wcześniej zapomniałem. Od dziś przydziałowe dwa ząbki do kolacji na łeb. Wczoraj rano odnalazł się też miodek, więc kawka smaczniejsza.
Zostały nam 3 japka. Zeszła prawie cała 2 butelka dżinu. Dzisiejszej nocy pierwsza filtracja. Oby na rano nakapalo wystarczająco. Po zmroku odzywają się zwierzątka. Słychać psa, ptaszki i diabła tasmańskiego. Trochę śmieszno i trochę straszno. Na szczęście przypomniałem sobie że diabły tasmańskie to ja zjadam na śniadanie, a akurat mamy ze sobą patelnię i litr oleju... Słuchamy PR 2 Polskiego radia. Lubię. Do snu kładziemy się 2137.
Czwartek. A może już piątek. Neee, czwartek. Uwielbiam to w długich spływaniach że gubi się czas. Tutaj mierzymy czasodległości na karty mapy. Powinniśmy przepłynąć dziennie 3. Trochę rozjechało nam się przez wiatr pierwszego dnia, ale brak potrzeby sprawdzania czasu i przestrzeni jest oczyszczający i człowiekowi robi się dobrze gdy przestaje gnać na wczoraj. Za to kocham też canoe. Niespiesznie, powoli ale zawsze do celu. I z wygodnym szpejem do biwakowania.
Zerkam na zegarek, 0645. Nawet przed budzikiem. Ostatecznie drzemka przeciąga się do prawie 0800. I tyle z wczesnego startu. Nastawiony na noc filtr niestety zmarzł. Ciekawe czy membrana cała... Zwiad wokół obozu ujawnia że biwak oznaczony od strony wody to rezerwat archeologiczny od strony lasu z zakazem wstępu. Już i tak po ptakach.
Na wodę schodzimy 1020. Klar schodzi do 1040. Potwierdzamy możliwość noclegu w Dobrzyniu (bo Golub niemiecki). Obie przystanie działają, w obu ma być ciepła woda. Długi dystans, ale zapowiada się mało zakrętów. Ptaszki, bobry, sarenki. Dużo miejscowek na nocleg. Przystań Białkowo. Jest. Działa. Mijamy dwa razy. Tuż za nią po lewej stronie zamaskowane wejście do ziemianki. Dopływamy do pierwszej przystani w Dobrzyniu. Kajaki zwinka. Zejście do wody marne, w środku kajaków dużo, zwiad z terenu przepędza pies. Trudno. Dopływamy do kolejnej przystani zacisze. Ładne zejście, piękna trawa. Instalujemy się. Taki kemping z lat '90. Standard sanitariatów to potwierdza. Ale porcelanka z bierzącą wodą jest. Po drugiej stronie rzeki na ławce siedzą dwie laski i chłopak. Z kakofonii samiczych dźwięków nie jestem w stanie wyodrębnić jakiegokolwiek ludzkiego słowa, ale widzę że chłop w środku umiera. Jak ten kurczak bez głowy. Siedzi, oddycha ale w środku jest martwy.
Później ich miejsce zajmuje lokalny margines społeczny spod znaku elana Toruń. Nie wiem co to za klub ale kibiców w Dobrzyniu ma. Trochę to smutne że najebany delikwent nie ma nic więcej do zaoferowania światu niż darcie mordy zawołaniem swojego ulubionego sportowego klubu. Znam kilku huliganow jednej drużyny i jednak potrafią się wypowiedzieć, i mordy bez potrzeby nie drą. Idziemy na zwiad do miasteczka. Słodki rogalik w żydapce, witaminy i maść w aptece. Reszta już w zasadzie nieczynna z powodu że zamknięta. Kilka kamienic jest do kupienia. Po powrocie pojawia się właściciel kempingu. Dziarski staruszek. Rozmawiamy dłuższy czas. O rzece, o przyrodzie, o kempingu, o pedałach, dzieciach, aborcji, k*rwach z Rosji i wyprawach kamperowych. Znaczy o życiu. Druch OSP, ratol WOPR i mieszka w dawnej komorze celnej. Prawie odkupujemy od niego kampera. Woda pod prysznicem za 5 cebulionów letnia. I tak lepiej niż w rzece. Jutro ksiądz proboszcz robi imprezę na terenie. Może się załapiemy na michę...
Odpuszczamy nocne wojaże, zjadamy swoje zapasy. Rytualny gin, kolacja, ciasteczko.
Miasto zasypia wcześnie. Albo my padamy jak nieżywi.
Piątkowy poranek zaczynamy po 0900. Pierwsza myśl, nie zwijać obozu z przyzwyczajenia. Zbieramy mandżur kuchenny i pod wiatą przygotowuje śniadanie, jest elektryczny czajnik. Potrzebujemy niecałe 4 l wody. 2 kawy, 2 herbaty, taki sam zestaw w kubki termiczne, 2 śniadanka. To daje 8 gotowań w 0,5 l czajniczku. Do kawy został mi łyk wieczornego ginu. W zasadzie to dwa łyki, ale jeden duży spożytkowałem na wprowadzenie elementu baśniowego do szarej rzeczywistości. Oczekiwanie na zagotowanie wody dłuży się gdy nie trzeba dodawać patyczków do kuchenki. Na kempingu zostajemy sami, brytole kemperem właśnie się pakują. Przez płot widzę jak przepływa pierwszy kajak widziany na rzece. 2 grubych, dobrze. Przetrą szlak do Elgiszewa. Śniadamy. Płynie para na dupach i jakiś mały spływ. To pierwsze łódki widziane na rzece.
Ogarniamy się w kosciółkowe ciuchy i do miasta. A właściwie miasteczek. Zwiedzamy Golub i Dobrzyń. Zamek, rynek, kościoły w Gołubiu niestety zamknięte z powodu że nieczynne. Kościół w Dobrzyniu na szczęście otwarty, piękna ambona w kształcie łodzi i chrzcielnica we wnęce z malowidłem przedstawiającym Jana Chrzciciela. Wychodząc bierzemy po słowie bożym ze słoja na drogę... ciekawy gest. Obiad w kluseczce w Dobrzyniu. Brzmi dobrze.
Zupą dnia jest fasolowa, a wczoraj wieczorem mówiłem że chodzi za mną właśnie ten smak... Przypadek?
Gdy wracamy na pole impreza trwa w najlepsze. Ognisko, kiełbaski, muzyczka.
Posiedzieliśmy chwilę. W czasach gdy ja chodziłem do kościoła nie było takich inicjatyw w mojej parafii, może dlatego przestałem. Zawsze w amerykańskich filmach podobało mi się że życie społeczności skupia się w otoczeniu ichnego kościoła. Poszliśmy na wieczorny spacer. Miasteczko praktycznie opustoszało.
Sobotni ranek zaczyna się wcześnie. Była ciepła noc. Nastawiłem budzik na 0700 i nawet udało nam się wstać prawie od razu.
Śniadanie, pakowanie, szlakowa robi szybkie uzupełnienie zakupów w najbliższej żydabce i w drogę. Pan Henio daje nam ostatnie wskazówki odnośnie trasy, obiecujemy wysłać SMSem pinezke z pozycją porwanego na wiosnę pomostu jeśli go znajdziemy.
Namierzamy go na wysokości oczyszczalni ścieków. Czy Pan Henio popłynie po niego motorówką, czy pozwoli by natura go rozłożyła na czynniki pierwsze tego już się nie dowiemy. Elgiszewo, polecana miejscówka przy przedszkolu. Przy drodze i stoi auto wypożyczalni to bedą hałasować, odpuszczamy. Czy zakaz zbliżania się do szkół i przedszkoli działa też w dni wolne... Jeszcze za wcześnie. Dalej za mostem jest kilka miejscówek do spania. Rozważamy jedną na wysokości ujęcia wody. Odpuszczamy, ciśniemy dalej. Po 1700 dopływamy do zapory. Walimy prawą stroną. Są tory, wózeczka już brak. A szkoda bo byłaby atrakcja. Ja mówię że na pewno ukradli, szlakowa że pewnie się popsuł. Ot dwa spojrzenia na świat. Przenosimy się na 2 stronę jazu. Krótka rozkmina czy nie zostać przy samym płocie lub nawet na pływającym pomoście. Płyniemy dalej, most drogowy. Ładny. Pan Henio wspominał o palach. Przeszliśmy bez perturbacji. Zakręt i pojawiają się ruiny młyna. Czad. Lubię takie 18/19 wieczne pozostałości. Dopływamy do jazu. Wychodzimy i postanawiamy już zostać. Równa łąka, cisza, spokój i kojący szum wody. Podoba się dla jego. Rozstawiamy obóz i dziś na kolację frytki. Nie na darmo targamy przez tydzień olej i worek kartofli. Miska do stopek jako pierwsze mycie, miska spożywcza jako drugie.
I chlup na gorący olej. Nie przerobiliśmy wszystkich, ale tradycji zapoczątkowanej onegdaj przez marshalla stało się za dość. Do tego ostatnia papryka i po przydziałowym ząbku czosnku. Był też przydziałowy drink z dżinu w kubku.
Spało się dobrze, chodź lampa w budynku jazowym mrugała nieregularnie, a po zmroku dołączyła jeszcze lampa w jednym z pokoi. Na szczęście żyjemy w Polsce i wszelkie duchy to zjadamy na śniadanie. Tylko psów się boimy i że żydowie wepchną nas do nie naszej wojny...
No właśnie, kolejne śniadanie mimo pobudki po 0700 trochę się przeciągnęło. Na spokojnie domywamy gary po wczorajszym smażeniu, poznajemy kajakarza który akurat przyjechał się pobawić na wylocie jazu. Nocując na przenosce oszukujemy matematykę i z 2 przenosek w locji robimy jedną. Ha! Wszystko jest wzgledne. Startujemy przed 1100. Ale co to był za start... Dla karła przełomowy, dla człowieka normalny. 2 obroty w cofce, seria fotek i lecimy. Po kilku zakrętach i 2 strumykach po lewej, na prawym brzegu jest piękne miejsce z widokiem na ruiny. Dalej też są możliwości noclegu. Rzeka płynie tu w albo w wąwozie, albo ze skarpą z jednej i łąką z drugiej strony, zabudowania są oddalone od rzeki. Jest przyjemnie. Mijamy kilka oficjalnych miejsc biwakowych. Białe góry - Czad, popularne ale jest zejście do wody, pomost, wiaty, altanki, dojazd. Nie udaje nam się zlokalizować wieży widokowej przy ujściu po prawej stronie. Ba! Musimy nawet się wracać do pomostu przy ruinach zamku bo też się nie wstrzeliliśmy... Pamiętam wizytę tu z Kaziem. Wtedy parkowalismy łódkę od strony Wisły. Pogawędka z kajakarzami, spacer po murach, sałatka w puszce, kolejna pogawędka z cyklistami i wypływamy na Wisłę. Od razu pojawia się wiatr, mimo innego kierunku który miał jeszcze przed chwilą na Wiśle wieje tradycyjnie. W twarz. Zabudowania miasta widać już od początku. Wiślana przestrzeń w porównaniu do Drwęcy od razu rzuca się w oczy. Widać łachy i wysepki do nocowania czy przystanków. Pojawiają się mielizny, coś czym nie przejmowałem się przez kilka ostatnich dni, teraz wymusza kurs po torze wodnym. Mijamy mosty, podziwiamy panoramę, odmachujemy machajacym i wpływamy do mariny. Akurat jest festyn. Miły pan wskazuje nam miejsce na namiot między łodziami wioślarskimi. Jest trawka, jest domek na drzewie, jest klucz do bardaszki. Cennik osobliwy. 16,00 cebulionów za namiot bo mały, nie dopłacamy za osoby. Dostęp do prysznica i WC to 39,00 cebulionów, również ryczałtem od pary. Woda cieplejsza niż u Pana Henia w Gołubiu. Myjemy się do czysta. Idziemy na miasto. Ładnie.
2 laski idą po bruku. Jedna się potknęła. Ale śmiesznie by było gdyby się przewróciła pomyślałem, po czym sam się potknąłem w tym samym miejscu. Byłoby jeszcze śmieszniej pomyślałem, gdybym sam się przewrócił...
Chcieliśmy sobie strzelić foty przy piesku profesora Filutka. Statuetkę okupowała Grażyna z dzieciorami. A napchaj się tym psem i twoje bękarty też pomyślała ta bardziej empatyczna połowa nas. Strach pomyśleć, co pomyślała ta druga połowa...
Na bulwarach teatr marionetkowy. A w zasadzie giganetkowy, bo Kukiełka miała kilka metrów wysokości.
Gdy wracamy jest już po festynie. Prawie nie ma śladu po imprezie.
Wieczór spędzamy w domku na drzewie. W sumie to mogliśmy zaanektować to gniazdo na noc, ale obejrzeliśmy je gdy nasz domek był już rozstawiony. Oglądamy teatr telewizji wampir. Dżin, herbata, ciastka, chrupki, krem proteinowy i orzeszki. Strącam paczkę i połowę orzeszków wysypuje na podłogę. 5 min nie leżało... Przyjemnie jest.
Magnez popijam dżinem, dżin popijam magnezem, czy alkoholikiem można być tylko na wyjazdach...
W poniedziałek budzimy się po 0800. Wiewiórki wysprzątany orzeszki i biegają jak głupie w koło. Śniadanie w domku na drzewie. Tradycyjnie kawka z miodem i gejowym masłem, słodka bułeczka maślana i moja autorska mieszanka. Sprawdziła się lepiej od owsianek na sterydach. Na kolejny wypad będzie jeszcze lepsza, bo bogatsza o wnioski po tej wyprawie. Rozmawiamy z klubowymi żeglarzami i wioślarzami, starszy pan daje nam cukierki. Dupa na szczęście nie piekła... Szlakowa podjeżdża naszym dliżansem. Szpej spakowany, idziemy na ostatni spacer po mieście.
W drodze powrotnej zahaczamy o kurzą górę w Kurzętniku. Konstrukcja intrygowała nas gdy byliśmy na wodzie. Ciekawe ale przygotowane pod gówniaki, a nie pod stare dziady co mają w sobie trochę ciekawości do otaczającego ich świata.
Drweca to piękna rzeka, przeważnie pozbawiona zabudowy w pierwszej linii więc nawet mijane miejscowości nie przytłaczały cywilizacją. Głęboka, ze stromymi brzegami. Obrzydliwa maź niestety występuje. Były też kleszcze, które poza jednym udało się eksterminować zanim się wgryzły.
Szlak jest oznaczony tablicami kilometrowymi i drogowskazami do kolejnych oficjalnych miejsc biwakowych. Korzystaliśmy i z takich oficjalnych i anektowaliśmy dzikie polanki. Po drodze pojawiło się kilka zwałek. Jedną udrożniłem, resztę udało się pokonać bez przenosek. Nawigator korzystał z papierowych map przygotowanych wcześniej pod tą konkretną podróż.
Po drodze minęliśmy dosłownie kilku wędkarzy. Wszyscy przyjaźnie odpowiadali na tradycyjnie dzień dobry. Nie trzeba było używać staropolskiego serdecznego ty huju! Łódek na wodzie było bardzo mało, mijaliśmy kilka kajaków jednego dnia. Byliśmy praktycznie władcami rzeki.
Trasę wyliczyłem o 2/3 dni za krótko. Brakowało tego marginesu, żeby na spokojnie, bez spiny zwiedzać mijane miasteczka. Widoki i okoliczności przyrodnicze po prostu cudowne.
3 sentencje towarzyszyły nam podczas tego chlupania:
Wszystko się kończy, kulki mocy też. - gdy zjedliśmy okulki.
Co bóbr złączył, człowiek może rozłączyć. - gdy udrożniliśmy zator.
Jak jedno nie może a drugie potrzebuje to jeżdżą panie Rosjanki. Każdy ma swój rozum. - gdy pan Henio opowiadał nam o Golubiu.
Tym optymistycznym akcentem wracamy do suchej rzeczywistości myśląc jak ugryźć Mławkę, Wel, Skrwę, które miałyśmy po drodze...
No i wisienka na torcie: Łapinóż-Rumunki. Kisłem z tej nazwy przedkładając mapę, kisłem cały wyjazd i nadal skisam.
Fotosy:
https://photos.app.goo.gl/YTQ9GhK7TLLHuUEf9
glynu
instagram: czerwone_canoe
instagram: czerwone_canoe
- miandas
- Posty: 1059
- Rejestracja: 17 gru 2020, 15:31
- Lokalizacja: wlkp
- moja flota: old town camden 120, gumotex solar, gumotex twist 2.1
- Dziękował(a):: 112 razy
- Podziekowano: 371 razy
- Kontakt:
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Uwielbiam Twoje relacje Glynu ale tym razem nie doczytałem do końca.
Bardzo ale to bardzo mnie wkurwia wciskanie "żydów" pod każdym możliwym - byle negatywnym - pretekstem. Nie jestem jakimś filosemitą ale dla mnie ludzie dzielą się na złych i dobrych, a nie na narody czy religie złe lub dobre.
Dla mnie to jest zwykle szczucie nawet jeśli po prostu miało być śmiesznie.
Sory.
Bardzo ale to bardzo mnie wkurwia wciskanie "żydów" pod każdym możliwym - byle negatywnym - pretekstem. Nie jestem jakimś filosemitą ale dla mnie ludzie dzielą się na złych i dobrych, a nie na narody czy religie złe lub dobre.
Dla mnie to jest zwykle szczucie nawet jeśli po prostu miało być śmiesznie.
Sory.
droga zawsze nagradza
-
Glynu
- Posty: 259
- Rejestracja: 22 sty 2022, 10:36
- Lokalizacja: Płocho
- moja flota: Canoe
- Dziękował(a):: 103 razy
- Podziekowano: 114 razy
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Michał, tak, sam miałem problem z Rumunki Łapinóż. 
Damian,
Jestem antysyjonistą, nie mylić z antysemitą. Moje poglądy są jawne. Napisałem czego się boję, nie jacy żydowie są bądź za jakich ich uważam. Strach nie jest śmieszny.
Czytać, nie czytać Twój wybór, dalej jest już w tej kwestii bezpiecznie. Masz kotka i pozostańmy w pozytywnych emocjach.
Damian,
Jestem antysyjonistą, nie mylić z antysemitą. Moje poglądy są jawne. Napisałem czego się boję, nie jacy żydowie są bądź za jakich ich uważam. Strach nie jest śmieszny.
Czytać, nie czytać Twój wybór, dalej jest już w tej kwestii bezpiecznie. Masz kotka i pozostańmy w pozytywnych emocjach.
glynu
instagram: czerwone_canoe
instagram: czerwone_canoe
- miandas
- Posty: 1059
- Rejestracja: 17 gru 2020, 15:31
- Lokalizacja: wlkp
- moja flota: old town camden 120, gumotex solar, gumotex twist 2.1
- Dziękował(a):: 112 razy
- Podziekowano: 371 razy
- Kontakt:
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Glynu, też się boję wojny, boję się Rosji, boję się, że konflikt na bliskim wschodzie rozdmuchiwany przez USA i Izrael rozleje się na cały świat. Żal mi tysięcy cywilnych bogu ducha winnych ofiar. Ale z Twojej relacji wynika coś zupełnie innego. Przemyśl to sobie
droga zawsze nagradza
- Ra$
- Posty: 1103
- Rejestracja: 17 gru 2020, 15:30
- Lokalizacja: Kraków
- moja flota: Canoe, żagle i inne pływadła
- Dziękował(a):: 568 razy
- Podziekowano: 205 razy
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Może kotki trochę pomogą, ja tylko dodam że tekst Glynia merytorycznie nie jest nigdzie anty-ktokolwiek. Natomiast może w warstwie formy nieco przesadnie używa ż. No może. Taka przesada może faktycznie nieco przeszkadzać. Do rozważenia przez autora. (
Jak się daje kotka?)
- miandas
- Posty: 1059
- Rejestracja: 17 gru 2020, 15:31
- Lokalizacja: wlkp
- moja flota: old town camden 120, gumotex solar, gumotex twist 2.1
- Dziękował(a):: 112 razy
- Podziekowano: 371 razy
- Kontakt:
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Naprawdę żydronka i żydino wam nie przeszkadza?
Ekstra.
Mnie przeszkadza. Wycofuję się z tego forum i chciałbym wyraźnie podkreślić, że przestaję finansować to miejsce.
Rozumiem, że jesteśmy na luzie ale żenadometr mi wywaliło w kosmos.
Ekstra.
Mnie przeszkadza. Wycofuję się z tego forum i chciałbym wyraźnie podkreślić, że przestaję finansować to miejsce.
Rozumiem, że jesteśmy na luzie ale żenadometr mi wywaliło w kosmos.
droga zawsze nagradza
- Włodek
- Posty: 1646
- Rejestracja: 21 gru 2020, 01:10
- Lokalizacja: Siedlce
- moja flota: Canoe: prospector 16 i prospector 15
- Dziękował(a):: 547 razy
- Podziekowano: 596 razy
Re: Drwęca Ostróda - Toruń 25.04-04.05.2026
Temat dość ważny dlatego pozwolę sobie zabrać głos.
Pamiętajmy że mnóstwo polskich słów nabiera konkretnego znaczenia w zależności od kontekstu.
To samo słowo może mieć nawet znaczenie przeciwstawne. Zmiana liczby pojedynczej na mnogą, mnogiej na pojedynczą, zdrobnienie, często zmieniają-rozszerzają odbiór słowa. Zależnie od kontekstu i intonacji nawet potwierdzenie może oznaczać zaprzeczenie, to normalne cechy naszego języka. (np. język w znaczenie anatomicznym jest czymś innym niż w znaczenie komunikacji słownej)
Wynotowałem chronologicznie zastosowane w tekście słowa, oznaczyłem te niby drażliwe.
- żydronka - barany- żydronka - żydino - dupy - skunks - bagno - piździ - dupa - łysol - diabeł - niemiec - pies - żydapka - pedały - k*rwy - dupy - żydabka - psy - żydowie - łachy - laski - wampir - gejowym masłem .. obrzydliwa maź .. dupa na szczęście nie piekła... - eksterminować - ty huju !. Słów zaczynających się na "ż" użyto 6 razy, innych było co najmniej 22. Każde z tych 22 słów może mieć w dodatku kilka różnorakich znaczeń. Zależnie od odmiany i kontekstu, mogą być pozytywne jak i negatywne.
Nie dajmy się szantażować.
"Żyd" - nie oznacza niczego złego ani nie jest zabronione. "Żyd to członek narodu żydowskiego lub wyznawca judaizmu. Żydzi określani są jako Izraelici lub Hebrajczycy. Tożsamość ta może mieć charakter religijny, świecki, kulturowy lub narodowy."
Metodyczne i długofalowe działanie niektórych organizacji żydowskich widzących wszędzie wrogów ich narodu wywołuje bezpodstawną chęć cenzurowania wypowiedz innych na swój temat. Każdy z nas może wpaść w pułapkę tej źle rozumianej poprawności. Niby dlaczego stosowanie słowa żyd ma być czymś negatywnym ?.
Ja np. nie mam zamiaru nazywać osobę czarnoskórą inaczej niż "murzyn".
Elementarzowy "Murzynek Bambo" kojarzy mi się bardzo bardzo pozytywnie.
Proponuję przeczytać ten wiersz Juliana Tuwima, poety pochodzenia żydowskiego.
Nie dam się szantażować Amerykanom winnym upokorzenia i śmierci wielu murzynów.
Nie dam się szantażować Anglikom za krzywdy wyrządzone Aborygenom.
Nie dam się szantażować krajom bogatym w wyniku posiadania kolonii.
Wszyscy oni są dzisiaj wielkimi propagatorami poprawności politycznej.
To nic innego jak obłuda, dzisiaj nic ich to nie kosztuje - a mogłoby.
Polska nie importowała czarnych niewolników, nie posiadała kolonii.
Polska nie zajmowała się eksterminacją Żydów.
Ps. Kiedy cała Ameryka przestanie używać słowa "gringo" ?.
Pamiętajmy że mnóstwo polskich słów nabiera konkretnego znaczenia w zależności od kontekstu.
To samo słowo może mieć nawet znaczenie przeciwstawne. Zmiana liczby pojedynczej na mnogą, mnogiej na pojedynczą, zdrobnienie, często zmieniają-rozszerzają odbiór słowa. Zależnie od kontekstu i intonacji nawet potwierdzenie może oznaczać zaprzeczenie, to normalne cechy naszego języka. (np. język w znaczenie anatomicznym jest czymś innym niż w znaczenie komunikacji słownej)
Wynotowałem chronologicznie zastosowane w tekście słowa, oznaczyłem te niby drażliwe.
- żydronka - barany- żydronka - żydino - dupy - skunks - bagno - piździ - dupa - łysol - diabeł - niemiec - pies - żydapka - pedały - k*rwy - dupy - żydabka - psy - żydowie - łachy - laski - wampir - gejowym masłem .. obrzydliwa maź .. dupa na szczęście nie piekła... - eksterminować - ty huju !. Słów zaczynających się na "ż" użyto 6 razy, innych było co najmniej 22. Każde z tych 22 słów może mieć w dodatku kilka różnorakich znaczeń. Zależnie od odmiany i kontekstu, mogą być pozytywne jak i negatywne.
Nie dajmy się szantażować.
"Żyd" - nie oznacza niczego złego ani nie jest zabronione. "Żyd to członek narodu żydowskiego lub wyznawca judaizmu. Żydzi określani są jako Izraelici lub Hebrajczycy. Tożsamość ta może mieć charakter religijny, świecki, kulturowy lub narodowy."
Metodyczne i długofalowe działanie niektórych organizacji żydowskich widzących wszędzie wrogów ich narodu wywołuje bezpodstawną chęć cenzurowania wypowiedz innych na swój temat. Każdy z nas może wpaść w pułapkę tej źle rozumianej poprawności. Niby dlaczego stosowanie słowa żyd ma być czymś negatywnym ?.
Ja np. nie mam zamiaru nazywać osobę czarnoskórą inaczej niż "murzyn".
Elementarzowy "Murzynek Bambo" kojarzy mi się bardzo bardzo pozytywnie.
Proponuję przeczytać ten wiersz Juliana Tuwima, poety pochodzenia żydowskiego.
Nie dam się szantażować Amerykanom winnym upokorzenia i śmierci wielu murzynów.
Nie dam się szantażować Anglikom za krzywdy wyrządzone Aborygenom.
Nie dam się szantażować krajom bogatym w wyniku posiadania kolonii.
Wszyscy oni są dzisiaj wielkimi propagatorami poprawności politycznej.
To nic innego jak obłuda, dzisiaj nic ich to nie kosztuje - a mogłoby.
Polska nie importowała czarnych niewolników, nie posiadała kolonii.
Polska nie zajmowała się eksterminacją Żydów.
Ps. Kiedy cała Ameryka przestanie używać słowa "gringo" ?.